Dramat. Najzdolniejszy polski piłkarz „przez 15 minut błagał o wódkę”

Dawid Janczyk

Dramatyczne wieści z życia największego talentu polskiej piłki właśnie ujrzały światło dzienne. W tle alkohol, rozrzutność i samotność. Okazuje się, że młody, niezwykle zdolny zawodnik, który miał być drugim Lewandowskim, kompletnie się pogubił. Dawid Janczyk, bo o nim mowa, postanowił podzielić się ze światem swoją historią. Właśnie do księgarń trafiła jego książka.

Zapewne nikt z milionów Polaków oglądających w 2007 r. mistrzostwa świata U20 w Kanadzie nie przypuszczał, że Dawid Janczyk tak skończy. Z wypiekami na twarzy oglądaliśmy jego bramki, bez których – nie czarujmy się – nawet nie wyszlibyśmy z grupy.

Choć nasza drużyna nie zachwycała wówczas grą, to walką i determinacją udało się zgromadzić 4 punkty w fazie grupowej (wygrana 1-0 z Brazylią i remis 1-1 z Koreą Płd). Młodziutki Dawid Janczyk zachwycał komentatorów z całego świata sprytem, panowaniem nad piłką skutecznością.

Tuż po udanych mistrzostwach o Janczyka zaczęły pytać największe kluby. Choć chciał trafić do Włoch, to najlepszą i najbardziej konkretną ofertę przedstawiło CSKA Moskwa. I wtedy się zaczęło. Zaledwie kilka miesięcy po mundialu o Dawidzie zrobiło się nieco ciszej. W moskiewskiej drużynie grał rzadko, mimo morderczej pracy na treningach. Frustracja i brak nadziei na poprawę sytuacji sprawiły, że Dawid Janczyk zaczął pić.

O tym, dlaczego jego kariera runęła, opowiada jego książka „Dawid Janczyk. Moja spowiedź”. Jak tłumaczy swoją ówczesną sytuację?

Dawid Janczyk: coś we mnie pękło

W tej sytuacji chcąc nie chcąc powalczyłem o spotkanie z wiceprezydentem Romanem Babajewem, który sprowadził mnie do CSKA. Po pewnym czasie dostałem sygnał od pracowników klubu, że mam się u niego stawić. Pojechałem do „rudery”, znów domofon, ochroniarze z kałachami, obskurny korytarz i wreszcie gabinet wiceprezydenta. Rozmowa była krótka.

– Skoro nie gram, to mnie wypożyczcie. Jestem za młody, żeby tracić czas na ławce – zażądałem.

Roman się uśmiechnął i zaczął tłumaczyć jak niesfornemu dziecku, że o wypożyczeniu nie ma mowy, bo na mnie liczą, i że już wkrótce będę grał.

Wtedy coś we mnie pękło. W drodze do domu kupiłem flaszkę. Jeden drink, drugi, bo nienawidzę czystej wódy i… złość minęła. I tak dwa, trzy razy w tygodniu. Ale pod kontrolą. Tak mi się wówczas wydawało. Nie zdawałem sobie sprawy, że nie trzeba się uchlać, zarzygać czy stracić świadomości, żeby być alkoholikiem. Uzależnionym można się stać, wypijając dwa drinki czy dwa piwa co wieczór.

Bo to nie ilość się liczy. Wszystko jest w głowie. I jeśli przez cały dzień czekasz na moment, kiedy sobie polejesz, to już jest znak, że przekroczyłeś cienką czerwoną linię. Tak było ze mną. Zacząłem popijać w czasach Legii, ale alkoholikiem stałem się w Moskwie. Tyle że jeszcze piłem z głową. Zaczynałem po powrocie z bazy, około 16.00–17.00. Kilka drinków i o 19.00 odstawiałem butelkę.

Pilnowałem się, żeby następnego dnia na treningu nikt się nie domyślił, że coś spożywałem. W żadnym z klubów, w których grałem, nigdy nie złapano mnie pod wpływem czy na kacu. Jeżeli czułem się źle, to w ogóle nie wychodziłem z domu. Ale tak działo się w późniejszym okresie. W CSKA byłem młody, wytrenowany i w gazie. Mogłem wypić beczkę whisky, a i tak następnego dnia nic by po mnie nie było widać. Jeśli piłem sam, to w domu. Nigdzie nie wychodziłem, z nikim się nie widywałem. Tylko Caner Erkin nie wiedział, o co chodzi, bo coraz częściej wymawiałem się od wspólnych partyjek w FIFĘ.

Dawid Janczyk i alkohol

Jakiś czas temu poinformowano, że były reprezentant Polski będzie występował w amatorskim klubie KTS Weszło. Z dumą mówił o tym Krzysztof Stanowski, prezes tego klubu i założyciel popularnego serwisu sportowego Weszlo.com.

Stanowski zdradza, że wraz ze znajomymi umówili się z Janczykiem, że przywiozą go na trening. Gdy przybyli na miejsce okazało się, że zawodnik faktycznie na nich czeka. Problem w tym, że nie miał zamiaru nigdzie jechać. Stanowski z bólem przyznaje, że w pewnym momencie były gracz Legii Warszawa, CSKA Moskwa czy belgijskiego Lokeren… zaczął błagać o wódkę.

Dziennikarz przyznał, że mówi o tym szczerze, ponieważ tak – zgodnie z tym, co zapowiedział – „zrobi wszystko, żeby mu pomóc, ale będzie szczery, gdy ten nawali”.

Moim zdaniem jeżeli nie pójdzie na długą terapię to – przepraszam, ale muszę – może nie dożyć 35. urodzin – napisał Stanowski.